25.02.2015

Przesyłka z Born Pretty Store

Znacie Born Pretty Store? Jest to chiński sklep z darmową wysyłką międzynarodową, który w swojej ofercie ma produkty do makijażu, biżuterię, różne akcesoria do domu, no i przede wszystkim, coś z czego najbardziej słynie - przeróżne akcesoria do zdobienia paznokci. Ich płytki do stemplowania znane są chyba wszystkim lakieroholiczkom, ale gadżetów do paznokci mają w swojej ofercie napraaawdę sporo :)
Born Pretty Store proponowało mi współpracę już dawno temu, bardzo długo odmawiałam, w końcu przejrzałam ich stronę, znalazłam kilka ciekawych rzeczy i się zgodziłam. Na paczkę czekałam ok. 3 tyg, w końcu przyszła... z zawartością inną niż zamawiałam ;) No ok, zdarza się - zgłosiłam, przeprosili, obiecali wysłać tym razem właściwą, a ja wzbogaciłam się o całkiem fajne kolczyki ;) Za drugim razem czekałam już dłużej, bo ok. 5 tygodni, nie wiem jednak, na ile to wina samego sklepu, na ile poczty. W każdym razie - przesyłka przyszła cała i dobrze zapakowana.

Zamówiłam 3 rzeczy.



Pierwsza to szminka o jakże słodkiej nazwie - Bubu Professional ;)))


Spodobał mi się bardzo kolor, bo już od dawna chodził za mną taki ostry, wręcz neonowy róż (wybrałam odcień nr 5). Sama szminka opakowana jest w metalowe, solidne opakowanie. Ma gładką, dość "mokrą" konsystencję, która dobrze sunie po ustach. Podoba mi się bardzo, że kolor można stopniować - jedna warstwa daje bardzo leciutki, delikatny kolor na ustach, dołożenie drugiej warstwy sprawia, że kolor nabiera na intensywności i jej "neonowość" się wyostrza. Pozostawia delikatnie mokre wykończenie. Szminka jest przy tym naprawdę trwała - spokojnie wytrzymuje kilka godzin bez poprawek. Nie wysusza ust, nie ma smaku ani aromatu. Niestety, trzeba mieć do niej naprawdę dobrze zadbane usta, inaczej zbiera się w zagłębieniach i podkreśla skórki.... Kosztuje 2,99$ i dostępna jest w kilkunastu fajnych, równie intensywnych kolorach.






Drugi produkt to zestaw dwóch eyelinerów w żelu.


Eyelinery są sygnowane przez markę o nazwie... Music Flower :D :D  Gdy już się pośmialiśmy z nazwy, pora przejść do konkretów - w kartoniku otrzymujemy dwa eyelinery w plastikowych słoiczkach - brązowy i czarny oraz dwa krótkie pędzelki - skośny i mini-języczek. Pędzelki raczej słabo przydadzą się do malowania - mi o wiele lepiej malowało się kreskę moimi pędzlami niż nimi.
Przede wszystkim muszę przyznać, że eyelinery są miękkie, kremowe i bardzo łatwo namalować nimi kreskę bez niepotrzebnego szarpania powieki. Pigment też bardzo przyzwoity. Problem zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy chcemy coś poprawić i przejedziemy pędzlem po już namalowanej kresce - robią się wówczas prześwity. Trwałość przeciętna - jeśli nie pocieramy oczu raczej wytrwa od rana do wieczora, gorzej jeśli - tak jak ja - często majstrujecie przy oczach albo macie problem z łzawieniem w kącikach, wówczas dość łatwo o rozmazanie linerów. Mam wrażenie, że to bardziej eyelinery w kremie niż żelu i dlatego ich konsystencja jest tak "niestabilna". Gdyby nie rozmazywały się tak mocno, myślę, że mogłabym je polubić. Duet linerów kosztuje 5,70$.









Ostatnia rzecz to skośny pędzel do makijażu typu flat-top.


Z niego jestem najbardziej zadowolona i z czystym sumieniem polecam. Jest solidnie wykonany, włoski nie wypadają, a skuwka nie rozszczelnia się mimo częstego prania. Świetnie sprawdza się u mnie do nakładania podkładu mineralnego metodą stemplowania. Lubię też nim rozcierać granice bronzera i różu - jest do tego idealny! Jest gęsty, zbity, a przy tym miękki i przyjemny dla skóry. Nie szarpie, nie drapie, nie ciągnie. Odkąd go mam bardzo rzadko sięgam po inne pędzle do podkładu. Pędzel kosztuje 6,28$.




Na koniec mam dla Was kupon zniżkowy - 10% na zakupy w BPS. Wystarczy wpisać kod WMG10 przy podsumowaniu zamówienia. Kupon łączy się z darmową wysyłką.

http://www.bornprettystore.com/nail-c-268.html


Znacie Born Pretty Shop? Coś polecacie?

21.02.2015

Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc

Seria Ziaja Liście Manuka szturmem podbiła polskie blogi i chyba już dawno żadna seria nie była aż tak pożądana jak ta. Nic dziwnego - rodzima marka, niewygórowane ceny, obietnica dogłębnego oczyszczenia skóry, a do tego ekstrakt z liści cudownego drzewa manuka...
Postanowiłam skusić się i ja, choć właściwie od początku wiedziałam, że cała seria na pewno nie jest dla mnie. Z miejsca zdyskwalifikowałam żele do mycia twarzy i pastę do głębokiego oczyszczania ze względu na obecność SLS w składzie (dlaczego nie myję twarzy SLS?). Po krótkiej analizie składu wiedziałam też, że nie sięgnę po krem nawilżający na dzień, bo skład cudów nie zapowiadał, a tytułowy ekstrakt z liści manuka odnalazłam bardzo daleko w drugiej połowie składu. Za reduktorami punktowymi na pryszcze nie przepadam i też nie zdarzają mi się wypryski dziś na tyle często, bym potrzebowała go jakoś szczególnie mocno. Został więc tylko Krem mikrozłuszczający na noc i tonik zwężający pory. Krem poszedł na pierwszy ogień, tonik jeszcze tkwi w szafce z zapasami czekając na swoją kolej. W przypadku kremu mogę śmiało przyznać, że intuicja mnie nie zawiodła - po niego zdecydowanie warto sięgnąć, nawet jeśli nie przepadacie za Ziają!

Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc


Krem opakowany jest w zakręcaną tubkę z miękkiego plastiku, co jest i dość higieniczne, i wygodne w użyciu. Estetyka opakowania dość minimalistyczna, jak to u Ziaji, ale myślę, że całkiem przyjemna w odbiorze.
Krem nie do końca jest kremem, bo tak naprawdę to gęsty żel o niebieskawym zabarwieniu i świeżym, charakterystycznym dla olejku herbacianego zapachu. Świetnie się rozsmarowuje, szybko wchłania i nie zostawia lepkiej warstwy na skórze. Nie zostawia też żadnej nawilżającej warstwy, więc jeśli posiadacie dosyć suchą skórę, lepiej równocześnie w parze z nim stosować coś dobrze nawilżającego. Mnie nie przesuszył, ale moja skóra jest baaardzo odporna na przesuszenia, więc ostrzegam jakby co :) Nie odczuwam żadnego ściągnięcia ani pieczenia po aplikacji.

Producent deklaruje obecność w składzie 3% kwasu migdałowego i mamy go na 4 miejscu, mniej więcej w połowie składu  znajdziemy panthenol, glukonian cynku i ekstrakt z liści manuka.

Skład: Aqua (Water), Isohexadecane, Cyclopentasiloxane, Propylene Glycol, Mandelic Acid, Glyceryl Stearate, PEG - 100 Stearate, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Cetyl Alcohol, Panthenol, Zinc Gluconate, Leptospermum Scoparium Leaf Extract, Xanthan Gum, Diazolidinyl Urea, Methylparaben, Propylparaben, Parfum (Fragrance), Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, Citral, Eugenol, Triethanolamine.

Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc


Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc

A teraz najważniejsze czyli działanie. Krem nie wywołał u mnie łuszczenia, ale mimo to mam wrażenie, że bardzo delikatnie złuszczył stary naskórek, bo z każdym kolejnym użyciem moja cera robi się coraz bardziej promienna i oczyszczona. Nakładając go na noc, rano budzę się z bardzo świeżą, delikatną skórą, rozjaśnioną i czystą. Mam wrażenie, że jest ona taka niesamowicie odświeżona. Krem wpływa również na stany zapalne - wszelkie wypryski goją się szybciej, a nowych pojawia się zdecydowanie mniej. 
Dodatkowo cieszy mnie fakt, że krem nie przyczynił się do zapchania mojej skóry, a przyznaję, że mam cerę mocno podatną na zatykanie i z reguły wolę unikać kremów z silikonem, wiecie, żeby na zimne dmuchać. Na szczęście silikony wcale nie są takie straszne, a cyclopentasiloxane jest dość mocno lotny ;)

Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc


Zdecydowanie jest to krem wart wypróbowania. Tym bardziej, że kosztuje ok. 10 zł za 50 ml. Dostępny jest w sklepach firmowych Ziaji, Rossmanach, aptekach i wielu supermarketach. Ja na pewno jeszcze nie raz po niego sięgnę.
Jeśli jeszcze nie próbowaliście nic z tej serii i nie wiecie na co się skusić, to szczerze polecam ten krem właśnie :)


Ziaja Liście manuka: Krem mikrozłuszczający z kwasem migdałowym na noc




A może znacie już serię Liście Manuka? Jak sie u Was sprawdziła? Co wypróbowałyście?

17.02.2015

TAG: Moje pierwsze kosmetyki

Dipimedia na swoim blogu zapoczątkowała niedawno TAG, który bardzo mi się spodobał. Fajnie jest wrócić do lat, kiedy stawiało się pierwsze kroki w makijażu i pielęgnacji, nawet jeśli były bardzo nieudolne i na oślep ;) Musiałam mocno wytężać swoje zwoje mózgowe, by przypomnieć sobie moje pierwsze kosmetyki, wiele z nich poumykało mi z głowy, niestety, bezpowrotnie. Pamiętam, że mój pierwszy makijaż zaczął się w gimnazjum i była to zwykła czarna kreska na linii wodnej. Dopiero w liceum dołączyłam podkład, puder, cienie i maskarę. Z kolei na studiach odkryłam kolejne cudeńka - róż, korektor, szminki, błyszczyki :) Dziś dziewczyny w gimnazjum mają lepsze i bogatsze wyposażenie kosmetyczki niż ja miałam na studiach. Ech, czasy się zmieniają ;)

A oto moje pierwsze kosmetyki:


AA: Matujący podkład kryjący

W okropnym, zdecydowanie za ciemnym dla mnie, wręcz pomarańczowym odcieniu "Piasek"! Ale - kto stawiając pierwsze kroki w makijażu nie popełniał błędu za ciemnego podkładu niech pierwszy rzuci kamieniem ;) Całkiem dobrze matował i krył skórę, ale był zupełnie nietrwały i robił placki. Z tego, co kojarzę, jest wciąż dostępny w sprzedaży.




Miss Sporty: Puder So Matte Perfect Stay

Jest to jeden z pierwszych pudrów, jakie używałam, ale raczej nie pierwszy, tego pierwszego nie umiem sobie niestety przypomnieć. Często zmieniałam pudry, bardzo długo używałam StayMatta od Maybelline, ale generalnie lubowałam się w tych matujących. Dopiero po latach zrozumiałam, że mat 3-godzinny to żaden wyczyn przy zwykłej skrobi ziemniaczanej, która zdrowo matuje na cały dzień.




Vollare: Róż do policzków

Kupiony gdzieś na bazarku, służył mi bardzo długo :) Miał różowy, nieco przydymiony kolor i całkiem długo wytrzymywał na policzkach.
 




Maybelline: Cień do powiek Expert Wear Mono

Uwielbiałam zwłaszcza pewien przydymiony fiolet z tej serii, bardzo długo szukałam godnego następcy, gdy go wycofali, ale niestety nie udało mi się go znaleźć. Jeden cień, a robił cały mój makijaż nieraz :)


Bell: Kredka do oczy automatyczna

Obowiązkowo w czarnym kolorze! Bardzo długo malowałam tylko linię wodną i chyba dopiero na studiach zaczęłam eksperymentować z kreską na górnej powiece, bez której dziś nie wyobrażam sobie makijażu. Ten konturówki używałam najczęściej, na zmianę z kredką z Avonu.



Avon: Kredka do oczu "Podwójna końcówka"

Pamiętam, jak w liceum był mega szał na te kredki :) Miałam wiele kombinacji kolorystycznych, ale najbardziej lubiłam chyba brąz i biel. Kredki nie były może szalenie trwałe, ale tak ładnego brązu w kredce, nie udało mi się później już nigdy kupić.



Pierre Rene: Tusz do rzęs Volume Rich

Wspominam z dużym sentymentem, bo nie tylko był moim pierwszym, ale naprawdę nieźle malował rzęsy :) Pierre Rene ma go wciąż chyba w sprzedaży.


Avon: Woda toaletowa Celebre

Moje pierwsze perfumy :))) Pamiętam, że były właśnie w takim flakoniku-prezencie, a zapach, choć dziś już mnie nie pociąga jestem w stanie od razu rozpoznać na kobietach, które mijam.

(źródło: https://szafkadagi.wordpress.com/2013/07/09/ladnie-pachniesz-jak-kielbaska/)



 Avon: Mgiełki do ciała

Innym avonowskim specyfikiem, który namiętnie używałam w młodzieńczych latach, były ich mgiełki. Uwielbiam zwłaszcza tę o zapachu jeżyny i wanilii - do dziś zresztą bardzo lubię te nuty zapachowe w perfumach. Dziś w mgiełkach do ciała Avonu czuję jednak głównie alkohol ;)


Zapraszam i Was do przyłączenia się do TAGu, jeśli chcecie wziąć udział w podróży sentymentalnej do krainy pierwszych kosmetyków :)

Ciekawa jestem bardzo, czego Wy używałyście w młodzieńczych latach :)

16.02.2015

Wyniki rozdania

Kochani,

bardzo Wam dziękuję za zabawę w moim rozdaniu :) Nie spodziewałam się tylu zgłoszeń, ale to dowodzi, że powinnam częściej robić dla Was rozdania :) Mam już nawet pomysł na kolejne, także wypatrujcie!

Tymczasem wyniki :)

Jeden krem powędruje do:


A drugi do:



Serdecznie gratuluję! I poproszę o Wasze adresy na: balsamowo@gmail.com - czekam do końca tygodnia :)

14.02.2015

Ostatnia szansa, by zgłosić się do rozdania z lekkimi kremami Sylveco :)

Kochani,

jeszcze tylko dziś do północy możecie zgłaszać się w moim rozdaniu - do zgarnięcia 2 lekkie kremy Sylveco - 2 osoby wygrywają! Więcej informacji po kliknięciu w obrazek :)

http://balsamowo.blogspot.com/2015/01/rozdanie-u-balsamowo-poznaj-lekkie.html

11.02.2015

Alva Rhassoul: Aktywy krem oczyszczający do cery tłustej i mieszanej

W kwestii kremów do twarzy jest niesamowicie wybredna. Wolę już nic nie używać, niż używać kremu, który mi nie w pełni odpowiada. Do tej pory znalazłam tylko jeden, który zadowalał mnie w 100%. Niestety, jak to w takich przypadkach zwykle bywa, został on wycofany z produkcji...

Zaczęłam więc znowu szukać swojego kremowego ideału. Z raczej marnym skutkiem. Równie dobrego kremu, jak ten z FlosLeka, nie było. I nieoczekiwanie ratunek przyszedł ze strony internetowej apteki i-apteka, która zaproponowała mi do przetestowania krem Alva Rhassoul. Zgodziłam się, bo tej serii przyglądałam się już od pewnego czasu, czytając w Internecie wiele pozytywnych opinii na jej temat.
I tak w moje ręce trafił krem oczyszczający.

 Alva Rhassoul: Aktywy krem oczyszczający do cery tłustej i mieszanej

Alva Rhassoul: Aktywy krem oczyszczający do cery tłustej i mieszanej

Na początku trochę się zdziwiłam, bo choć seria nazywa się "Rhassoul", to w składzie kremu nie znajdziemy ani grama glinki. Mogłabym się czepiać, ale machnę ręką na to, bo skład i bez glinki jest naprawdę dobry. Zaraz za wodą mamy: olej jojoba, aloes, olej rzepakowy, wosk pszczeli, witamina E, olej słonecznikowy, aromat, kwas hialuronowy, sól kwasu alginowego, kwas mlekowy, gliceryna, guma ksantanowa, bisabolol czyli składnik wyciągu z rumianku, mieszanina olejków eterycznych, olej manuka, sorbinian potasu czyli konserwant i ogonek zapachowych "-oli":)
Krem posiada certyfikat ECOCERT.

Skład: water, jojoba oil*, aloe vera*, rapeseed oil*, beeswax, vitamin E**, sunflower oil**, fragrance**, hyaluronic acid*, algin**, lactic acid**, glycerin**, xanthan, bisabolol**, mixture of etherial oils**, manuka oil***, potassium sorbate, limonene, citral, linalool, geraniol, citronellol.
*) składniki pochodzące z certyfikowanych ekologicznych upraw – 28,01% na 99,70% składników naturalnych
**) składniki pochodzenia naturalnego
***) składniki z roślin dziko rosnących

Krem opakowany jest w czerwoną, plastikową tubkę z klapką. Ma białą, bardzo kremową konsystencję. Pachnie czymś trudnym do określenia, taką mieszanką olejków roślinnych, ale jest to zapach całkiem miły dla nosa.
Krem może być stosowany zarówno rano, jak i wieczorem. W obu tych kombinacjach sprawdza się idealnie. Wsmarowuje się w skórę przepięknie, autentycznie uwielbiam go nakładać na twarz! Wchłania się idealnie do matu, ale nie jest przy tym ani odrobinę nawet wysuszający. Ba! Wprost przeciwnie - moja skóra jest po nim taka "pełna", dopieszczona, niesamowicie odżywiona, miękka i gładka. Ciężko mi nawet opisać efekt, jaki ten krem daje mi na skórze, bo z czymś takim jeszcze nigdy się nie spotkałam :) Jest cudnie zmatowiona, a jednocześnie tak dobrze odżywiona jak po najlepszej odżywczej maseczce, jaką można sobie wyobrazić. Jest też delikatnie rozjaśniona i zdecydowanie świeższa. Naprawdę uwielbiam to uczucie! Tym bardziej, że efekt takiej pięknej skóry trwa cały dzień, nieraz nawet nie nakładam podkładu i cieszę się tą miękką, matową i gładką skorą.
Dodatkowo krem ma bardzo dobroczynne działanie na wszelkie niespodzianki - wypryski, krostki, pryszcze. Goją się one bowiem zdecydowanie szybciej, skóra faktycznie staje się oczyszczona, czyli jest dokładnie tak, jak obiecuje producent.


Alva Rhassoul: Aktywy krem oczyszczający do cery tłustej i mieszanej


Niniejszym ogłaszam ten krem moim nr 1 spośród wszystkich kremów na twarz! :) Jest naturalny i rewelacyjnie pielęgnuje moją mieszaną skórę. Odkąd Flos-Lek rezygnował z serii BeEco długo szukałam godnego następcy dla tamtych kremów, no i w końcu się udało!
Choć bardzo chciałabym się do czegoś przyczepić, to naprawdę nie mam do czego. Oprócz tych wszystkich zalet, o których pisałam, dodatkowo na pochwałę zasługuje fakt, że krem opakowany jest higieniczną tubę, dobrze współgra z makijażem, jest pojemny i wydajny, bo ma aż 75 ml. No po prostu cudo, nie krem! :)

Krem kosztuje 50,96 zł i zdecydowanie jest wart tej ceny! Nabyć go można w internetowej aptece i-apteka.pl - KLIK.

Mam dla Was także kod rabatowy na zakupy w i-aptece: po wpisaniu kodu: 20141212-6574289 uzyskacie 7% rabat na całe zakupy. Kod jest ważny do końca grudnia 2015 i może być używany wielokrotnie.

Wpisuję Alvę na listę marek wartych bliższego poznania i przy najbliższej okazji na pewno wypróbuję pozostałe produkty z serii Rhassoul. A krem zostaje ze mną na stałe :)

Alva Rhassoul: Aktywy krem oczyszczający do cery tłustej i mieszanej


Znacie? Lubicie? :)

05.02.2015

e-naturalne: Tonik do cery tłustej, łojotokowej

Ostatnio wszystkie toniki, jakich używałam miały w składzie kwasy. Szukałam więc odskoczni od tych kwasowych toników, ale wciąż pozostając w temacie toników przeznaczonych dla problematycznej cery. Oczywiście, jak to w takich przypadkach bywa, niemal wszędzie znajdowałam alkohol denaturowany bardzo wysoko w składzie. W końcu - przeglądając asortyment sklepu e-naturalne.pl natknęłam się na tonik, który idealnie wpisywał się w moje oczekiwania - nie miał kwasów ani alkoholu, za to przeznaczony był do pielęgnacji cery tłustej, jej nawilżania i regulacji wydzielania sebum. Postanowiłam wypróbować go w ramach współpracy z tą marką. Dziś pora na krótką recenzję.


e-naturalne: Tonik do cery tłustej, łojotokowej

e-naturalne: Tonik do cery tłustej, łojotokowej

Kosmetyk otrzymujemy w postaci dokładnie odmierzonych półproduktów, które łączymy ze sobą przelewając do białej, plastikowej buteleczki. Wszystko zapakowane jest w strunową torebkę, z dokładnie oznaczonymi składnikami oraz załączoną szpatułką do mieszania i kroplomierzem. Tych szpatułek i kroplomierzy bardzo mi brakowało np. w zestawach z BU, bo u mnie są one często w użyciu i generalnie są mocno przydatne, więc cieszę się, że e-naturalne dodaje je do wszystkich zestawów.
Wykonanie toniku jest dziecinnie proste, wlewamy/wsypujemy składniki, mieszamy i gotowe!

Składniki, które mieszamy to baza tonikową (Aqua, Polysorbate 20, Penthanol, Sodium PCA, Glucose, Urea, Glutamic Acid, Lysine, Glycine, Allantoin, Lactic Acid, Propylen Glycol, Gluconolactone (and) Sodium Benzoate) oraz składniki charakterystyczne dla tego toniku tj. mleczan sodu, witamina B3, azeloglicyna, betaina oraz mocznik.

e-naturalne: Tonik do cery tłustej, łojotokowej


Tonik ma przezroczystą barwę i dość brzydki zapach. Jeśli chodzi o działanie, to niestety, nie do końca jestem zadowolona. Tonik pozostawia na skórze lepką warstwę, która mnie w tonikach mocno przeszkadza. Lubię czuć się odświeżona po aplikacji toniku, tutaj ta lepkość mi to uniemożliwia. Czasami również po aplikacji odczuwam mrowienie i szczypanie, które jednak dość szybko znika i nie wywołuje żadnych dalszych podrażnień. Co jednak warto zauważyć - tonik faktycznie spełnia swoje zadanie, jeśli chodzi o pielęgnację cery tłustej. Moja cera - odkąd używam tego toniku - mniej się błyszczy, nie jest przesuszona, a wręcz delikatnie nawilżona.
Mimo wszystko jednak ze względu na dyskomfort związany z mrowieniem oraz uczuciem lepkości, już raczej do niego nie wrócę. Chętnie za to poznam inne kosmetyki tej marki, bo czuję, że są godnym konkurentem dla bardzo przeze mnie lubianej Biochemii Urody :) Już niedługo opowiem Wam o innym kosmetyku e-naturalne, który z kolei bardo polubiłam.

Tonik kosztuje 17,90 zł/100 g i można go nabyć na stronie e-naturalnie.pl.
W sklepie obowiązuje darmowa wysyłka przy zamówieniu powyżej 99 zł, a obecnie trwa promocja, w ramach której przy zamówieniu za min. 65 zł, gratis otrzymamy masło cupuacu.

e-naturalne: Tonik do cery tłustej, łojotokowej


Ciekawa jestem czy znacie ten tonik albo inne kosmetyki tej marki? :)

04.02.2015

Kreatywna środa! czyli garść inspiracji :) - cz. 21

Witam Was serdecznie po ponad miesiącu przerwy od cyklu "Kreatywna środa" - mam nadzieję, że jeszcze o nim nie zapomnieliście :) Dziś tak trochę recyklingowo, bo ostatnio mocno kręcą mnie takie perełki. Mam nadzieję, że i Wy coś dla siebie wypatrzycie :)


1. Często pokazuję Wam sukulenty, bo osobiście bardzo te rośliny lubię. Lubię też nietypowe sposoby ich hodowania, wiec ta oryginalna doniczka z butelki po winie, absolutnie mnie kupiła!

(źródło: http://weheartit.com)

2. Kamienie w biżuterii są mile widziane, zwłaszcza te szlachetne. A czy zwykłe kamyki podwórkowe także można w tym temacie jakoś wykorzystać? No jasne, oto bardzo pomysłowy sposób na organizację kolekcji biżuterii. Jest niesamowicie prosty do wykonania, a przyznać trzeba, że efekt niesamowity!


 3. Świeczniki do teelightów można kupić niemal w każdym sklepie. Ale można je także zrobić samodzielnie - np. z kawałka grubej gałęzi. Niezwykle klimatyczna dekoracja, prawda?


4. W temacie drewna pozostając - oto jak połączyć styl nowoczesny z rustykalnym. Proste białe półki idealnie komponują się z konarami brzozy. Świetne miejsce na biblioteczkę albo inny regał.


5. Stare ramy można po prostu wyrzucić, można też tchnąć w nie nowe życie. Tym razem jako dzieła sztuki występują w nich nie zdjęcia i obrazy, a... książki.


Miłego dnia Wam życzę! :)

03.02.2015

Przypominajka konkursowa :)

Przypominam, że do 14. lutego zgłaszać się można do rozdania na moim blogu - do zgarnięcia 2 lekkie kremy Sylveco - 2 osoby wygrywają!

Więcej informacji w notce konkursowej - wystarczy kliknąć w obrazek:

http://balsamowo.blogspot.com/2015/01/rozdanie-u-balsamowo-poznaj-lekkie.html

Powodzenia! :)

Nowości kosmetyczne stycznia

Jak być może kojarzycie, w styczniu dołączyłam do akcji Balbiny Ogryzek "Miesiąc bez zakupów kosmetycznych". I faktycznie, zakupów kosmetycznych nie zrobiłam żadnych (no dobra, raz kupiłam lakier do włosów, ale to się nie liczy, bo akurat mi się skończył i pilnie go potrzebowałam ;)). Skąd więc u mnie aż tyle nowych kosmetyków?
Ze zaskoczeniem przyznaję, że miałam trochę szczęścia i wygrałam w styczniu aż 3 konkursy . Zdziwiło mnie to, bo rzadko biorę udział w konkursach, a tu nagle na 4 konkursy, w których wzięłam udział, wygrałam aż 3 z nich! Nawet puściłam totolotka, bo łudziłam się jakąś dobrą passą, ale niestety - tu już mi się nie udało ;)



Pierwsza nagroda to wygrana w świątecznym konkursie u Ady z LiliNaturalnej - wygrałam balsam do ust i krem do rąk marki Wise. Lubię odkrywać nowe marki naturalne, a ponadto zestaw ten idealnie wpisuje się w moją zimową pielęgnację, dlatego nagroda bardzo przypadła mi do gustu :)



Druga nagroda to zestaw kosmetyków od Corine de Farme - chusteczki do demakijażu, mleczko do demakijażu oczu oraz krem przeciwzmarszkowy. Kiedyś, dość dawno już, używałam mleczka do demakijażu twarzy tej marki (jeszcze jak kosmetyki miały zielono-białą szatę graficzną) i miło je wspominam, więc zobaczymy, jak będzie tym razem.



Trzecia z kolei nagroda to chyba największa radość, bo kosmetyki tej marki ciekawiły mnie już od jakiegoś czasu, ale cena sprawiała, że bałam się ryzykować w ciemno. W konkursie u Angel wygrałam zestaw kosmetyków Norel Dr Wilsz, a dokładnie: Krem rozjaśniająco-wygładzający z kwasem migdałowym i PHA, Tonik żelowy z kwasem migdałowym oraz Żurawinowe serum Napinające.



Czwarte nowości to już nie nagroda, tylko współpraca z Born Pretty Store. Czekałam na nią dość długo, bo wpierw otrzymałam przesyłkę z inną zawartością niż chciałam, a później sklep miał jakiś przestój... A wybrałam sobie pędzel do podkładu mineralnego, pomadkę w ostro-różowym kolorze oraz eyelinery w żelu.



Ostatnie nowości to tradycyjna już paczka z Programu Nowości Rossmanna. Tym razem testować będę kosmetyki, które do Rossmanna trafią w większości w marcu. Myślę, że sporą część z Was ucieszy fakt, że dostępne będą suche szampony Batiste i będzie można w końcu nabyć je stacjonarnie :)
Ja do testów otrzymałam: Batiste Suchy szampon tropikalny, Wodę perfumowaną 007 James Bond Women, Revlon Photoready krem BB, AA Oil Infusion Olejek do twarzy, AA Żel micelarny do demakijażu, Olay Żel pod oczy wzmacniająco-ujędrniajacy, L'Oreal Skin Perfertion Krem BB, Glysoild: Krem do ciała oraz maszynkę do golenia z mydełkiem od Wilkinson.



I to tyle. Wbrew pozorom - całkiem sporo, dlatego w lutym ponownie planuję utrzymać odwyk zakupowy, choć może nie tak intensywny. Skuszę się pewnie na kolejne pigmenty mineralne z Kolorowki, bo chodzi za mną kilka kolorów i znajdują się one na mojej wish-liście, więc czuję się nieco usprawiedliwiona ;)

Dajcie znać, co Was najbardziej zaciekawiło :)